Zwykły jesienny dzień. Trochę słońca, więcej deszczu. Ogrom liści, które zdobiły chodnik prowadzący do mojej pracy, zwiastował jedynie kolejną porę roku. Nie mogłem przewidzieć, co mnie dzisiaj spotka na Mazowieckiej 48.

Po otwarciu drzwi i zapaleniu światła, kątem oka ujrzałem pudło. Tylko w pierwszej chwili wydało mi się tajemnicze, bo wiedziałem, że to specjalne skrzynie, w których nasi roasterzy przywożą nowe paczki ze świeżo wypalonymi ziarnami. W jej centralnym punkcie odnalazłem wielkie odręcznie zapisane słowo: ETIOPIA . Zapytacie czy się ucieszyłem? O co to to nie! Nabrałem podejrzeń! Nie wiedziałem, w jaki sposób w tym pudle może znajdować się właśnie to ziarno, jeżeli skończyło się już kilka tygodni temu! Sceptycznie nastawiony zajrzałem do środka, a tam… kilka słów więcej: ETIOPIA  HAFURASA WARO.

A jednak! Do naszej palarni przyjechało nowe ziarno z Etiopii i nikt mi nie powiedział? Nie miałem czasu na fochy. Szybko wyjąłem jedną z wielu równo ułożonych paczek, rozbijając strukturę ich ułożenia i w tempie godnym geparda, zacząłem pochłaniać informacje znajdujące się na wlepce. Etiopia… to już wiem… stacja myjąca: Hafurasa Waro… to też już wiem. A chciałem wiedzieć więcej! Linijkę niżej czekały mnie upragnione informacje: region: Yirgacheffe. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy, ponieważ to właśnie z tego regionu piłem jedną ze swoich pierwszych i najlepszych kaw w życiu. Dalej: uprawiana przez 843 małych gospodarstw. Imponujące! Następnie: wysokość upraw – 1903 – 1904 m. n.p.m. Wysoko! Mechanicznie wyobraziłem sobie soczystość tej kawki. Wiedziałem, że na takich wysokościach, ziarna rozwijają się o wiele lepiej. Uśmiech powoli  zarysowywał się krzywym łukiem w stronę lewego ucha. Przede mną były ostatnie trzy informacje: odmiany ziarna – Kumie, Diga oraz Wilsho – rozbawiony przez rdzenne etiopskie nazwy, uśmiech wyrównał się w kierunku prawego ucha. Obróbka: honey! Moje oczy, w niepokojącym anatomię ruchu, wysunęły się o kilka milimetrów, ujawniając na twarzy ogrom zaskoczenia. Jednocześnie, uspokajając wzrok i opanowując gotujące się we mnie emocje, spojrzałem na ostatnią linijkę tekstu: ocena SCA: 87! Czując energicznie formującego się na moich ustach „banana”, wiedziałem, że muszę jej w tej chwili spróbować!

– Artur? – usłyszałem pytający głos Sylwii, która również zawitała do Kafejeto, by rozpocząć swój dzień pracy – Coś się stało? – zapytała analizując moją twarz pełną emocji.
– Nie. Tylko trochę poczytałem. – odpowiedziałem ze stoickim spokojem, godząc się z myślą, że tego niespodziewanego daru będę mógł spróbować dopiero po pracy. Pełen satysfakcji i “dziecięcej” radości wyraz twarzy mimo to nie zniknął. Miałem świadomość, że czeka mnie cały dzień rozmów z klientami i dzielenia się z nimi wszelkimi rodzajami pysznych kaw.

Godzina piętnasta. Wydaję ostatnie dopieszczone latte, przekazuję Krzyśkowi zmianę i wartkim krokiem udaję się do szatni. Po drodze jednak zatrzymuje mnie szef, podaje mi jasno-zieloną torbę Kafejeto i mówi krótko – przetestuj. Szybkim spojrzeniem oblewam wnętrze torebki i widzę ją. Poranną paczkę świeżej Etiopii. – Widziałem jak ją dzisiaj oglądałeś. Sprawdź ją w domu i daj znać co o niej sądzisz.

Nienaturalnie ogromny uśmiech towarzyszył mi przez całą powrotną drogę do domu. Dokładnie tą, usłaną jesiennymi liśćmi.

W domu nie było już czasu na obiad. Tylko szybka, przemyślana i precyzyjna akcja. Woda, czajnik, cuppingowy bowl (eng. czarka), waga, kawa, młynek. Prawie wszystko gotowe. Teraz tylko wszystkiego musiałem przypilnować. Jedenaście gram kawy, dwieście mililitrów wody, 94°C, błyszcząca cuppingowa łyżka. Można zalewać! Włączając stoper, obserwowałem lejący się strumień wody, który automatycznie rozpoczął przemianę w aromatyczny napój. Cztery minuty dzieliły mnie od przełamania.

Długo to trwało, ale nawet czekanie na to, co dobre, chociaż się dłuży, kiedyś się kończy. Przedzierając się przez drobiny kawy do samego naparu, biorąc potężny wdech, pochłonąłem wszystkie aromaty ukryte pod jej powierzchnią. Mój nos automatycznie rozpoznał kwiatowo-herbaciany aromat, tak bardzo charakterystyczny dla etiopii. Ostatnia chwila oczekiwania i…

…złamałem protokół. Nie mogłem się powstrzymać! Opanowany przez kosmiczny aromat, ukradłem pierwszy, soczysty “siorb” czarnego etiopskiego złota. Usiadłem. W takiej pozycji, nie wykonując nawet najmniejszego ruchu, zamarłem na kilkadziesiąt sekund. W tej chwili to mój smak i węch kierowały moim życiem. Poprzez dojrzałe, słodziutkie jagody, zbierane o brzasku letniego poranka aż do delikatnie kwaskowej śliwki, zrywanej wrześniowym popołudniem. A to tylko pierwsze sekundy. Pochłonięty zbalansowanym połączeniem słodyczy i kwasowości dotarłem do kolejnego, wspaniałego smaku, który już znałem. Pamiętałem go z tego dnia pracy, kiedy to nasza cukierniczka – Karolina – uraczyła mnie kawałkiem świeżo upieczonego sernika.

Po upływie wielu chwil, smaki zaczęły się rozpływać, a ja powoli odzyskiwałem resztę zmysłów. Pozostał już tylko delikatny “aftertaste”, ukryty pod postacią ciemnego kakao.

Właśnie z tą wiedzą i z tym posmakiem, szybko sprzątnąłem kuchnię i udałem się do komputera, aby przekazać szefowi informację o smaku tej kawy. Otworzyłem worda i zacząłem od słów: „Zwykły jesienny dzień…”.

Autor: Artur Guziak